Saturday, July 26, 2014

IIX: Nie kradnij.

Wartości chrześcijańskie

Wartości chrześcijańskie są wartościami uniwersalnymi. Bez względu na wyznanie (lub jego brak), większość ludzi przyzna, że chciałaby żyć w społeczeństwie opartym na takich zasadach jak szacunek do rodziców, zakaz zabijania, kradzieży, składania fałszywego świadectwa oraz odpoczynek od pracy przynajmniej raz na siedem dni.

Te i inne przykazania zawarte są w Dekalogu, czyli krótkim zbiorze dziesięciu przykazań, które - według świadectwa proroka Mojżesza - Wszechwiedzący Bóg własnoręcznie napisał swoim palcem na kamiennych płytach.


Ósme przykazanie na liście brzmi: NIE KRADNIJ.

Czy nasze państwo, Trzecia Rzeczpospolita, zbudowane jest na fundamencie wartości jaką jest zakaz kradzieży? Uważam, że nie i to z trzech powodów:

1. Prywatna własność

Nie może być kradzieży bez prywatnej własności, bo aby coś ukraść, to coś musi do kogoś należeć. Inaczej mówiąc kradziony przedmiot musi być czyjąś własnością.

W naszym kraju prawo chroni prywatną własność, ale nie w każdym przypadku.

Kupiony przeze mnie samochód jest moją własnością. Jeżeli ktoś go ukradnie to łamie prawo - nie ma w tym niejasności. W przypadku samochodu system prawny naszego państwa chroni prywatną własność.

A co z ziemią? Powiedzmy, że kupiłem działkę - kilometr na kilometr. Czy ta działka należy do mnie? Nie zupełnie. Gdybym postanowił wykopać na niej dół i okazałoby się, że dokopałbym się do żyły złota (albo ropy) to szybko okazałoby się, że moja działka, a właściwie to, co się znajduje pod nią, nie należy do mnie, ale do państwa. W takim przypadku najbardziej racjonalną decyzją byłoby zakopanie dołu i nie przyznawanie się nikomu do swojego odkrycia w strachu przed odebraniem przez państwo działki, która jeszcze niedawno, wydawałoby się była moją własnością.

Tak na marginesie: dopóki w Rzeczpospolitej nie zacznie się szanować prywatnej własności, dopóty nie będzie się opłacało korzystać z bogactw naturalnych.

2. Politycy

System polityczny naszego kraju nie tylko toleruje, ale wręcz zachęca do kradzieży.

Mówimy: "Nie można być politykiem i jednocześnie człowiekiem uczciwym." a jednocześnie wielu z nas jesteśmy zwolennikami ustroju demokratycznego (który jest przecież zbudowany na fundamencie polityków).

Jeżeli uważasz, że demokracja to najlepsze rozwiązanie, to bez względu na to, czy bierzesz udział w wyborach, czy nie, twoja decyzja przyczynia się do zajęcia przez określonych polityków pozycji, które pozwalają im na okradanie.

Istnieje w społeczeństwie przyzwolenie na to, że politycy mają prawo kraść. Oczywiście nie oficjalnie, ale z racji ogromnego natężenia pokus jakim są poddawani, my, wyborcy skłaniamy się ku pobłażliwości i wyrozumiałości. W końcu wykorzystywanie okazji do poprawienia swojego stanu majątkowego jest odruchem typowo ludzkim, nie prawda? Dlaczego więc mielibyśmy mieć o to pretensje do polityków? Tak jak my - są oni tylko ludźmi.

3. Podatki

Przyjrzyjmy się samemu państwu, które notorycznie z miesiąca na miesiąc i od wizyty na stacji paliw do wizyty przy kiosku z gazetami okrada nas z naszych własnych pieniędzy.

Gdyby ogólna kwota wynosiła tylko te kilka procent naszych zarobków, które być może są niezbędne do zachowania w kraju ładu i zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa; gdyby nawet kilkanaście procent, które państwo potrzebuje na wypłacenie emerytur, to nie byłby to wielki problem. Ale państwo odbiera nam około 83% naszych dochodów!

Skoro każdy z uczciwych Polaków wierzy, że nie powinno się kraść, to dlaczego pozwalamy naszemu państwu okradać nas z naszych pieniędzy? Z przyzwyczajenia? Bo wydaje się nam, że inaczej być nie może? Z głupiego założenia, że to chyba nie może być złe skoro ładni panowie w garniturach nie widzą w tym nic złego?

Nawet gdyby inaczej być nie mogło i bez podatków ludzie nie potrafiliby sami wybudować sobie szosy czy mostu to fakt pozostaje faktem, że jesteśmy zmuszani do oddawania swoich podatków i "składki" ZUS pod groźbą kary.

Ani Biblia, ani Koran ani Księga Mormona nie uczą: "Nie kradnij, chyba że nie ma innego wyjścia.", albo "Nie kradnij, chyba, że pokusa jest zbyt duża.", czy "Nie kradnij, chyba, że wcześniej stworzysz prawo legalizujące niektóre formy kradzieży."

Uważamy się za chrześcijan, buddystów czy po prostu ludzi zdrowych moralnie. Dlaczego więc swoim postępowaniem wspieramy kradzież i rozbój? Z przyzwyczajenia? A może nie zupełnie świadomie? Może po prostu nie mieliśmy tego wszystkiego okazji (czy chęci) do końca przemyśleć?

Państwo w którym nie toleruje się okradania

A gdyby ograbianie społeczeństwa przez państwo nie było konieczne? Gdyby znaczne obniżenie podatków nie zmniejszyło ale zwiększyło szanse ludzi na osiągnięcie wymarzonego przez niemal wszystkich dobrobytu?

A gdyby możliwa była zmiana systemu naszego państwa na taki, w którym ani jeden polityk nigdy nie byłby narażony na pokusę finansową?

Libertarianizm, nawet jego łagodniejsza wersja będąca celem Nowej Prawicy oferuje taką alternatywę. I to bez konieczności eksperymentowania. Po prostu musimy powrócić do systemu, w którym państwo (czy to prywatne - monarchia, czy też jakaś forma republiki) zajmuje się zapewnieniem wolności od oszustów, chuliganów, zatruwaczy powietrza i innych kryminalistów (policja i sądy) i wolności od agresji zewnętrznej (armia). Swoją edukacją, gospodarką, sportem, turystyką i zdrowiem zajmiemy się sami. Ani państwo ani rząd nie są nam do tego potrzebne.

Państwo nie zajmujące się rzeczami, które lepiej wychodzą osobom lub firmom prywatnym jest państwem tanim. Tanie państwo oznacza lepszą gospodarkę i bogatszych obywateli (osoba, która obecnie dostaje na rękę niecałe 2000 zł, w takim państwie zarabiać będzie ponad 4000 złotych!).

Państwo w którym żaden urzędnik czy minister nie ma prawa (ani potrzeby) podbijania pieczątek pod pozwoleniami, nie podejmuje decyzji o finansowaniu tego a nie innego projektu (na którym skorzysta ten obywatel z teczką pieniędzy a nie tamten z kopertą), refundacji tego a nie innego leku - w takim państwie rynek na przekupstwo zniknie zupełnie.

"Nie kradnij." to nie tylko dobra rada, ale boskie przykazanie. I jak każde przykazanie, dane jest człowiekowi nie po to by go ograniczyć, ale po to, by dać mu większą wolność.

Wednesday, July 23, 2014

Dyscyplina w partii krula

Wbrew pozorom Demokracja i Wolność nie są naturalnymi partnerami.

Potwierdzają to praktyki partii politycznych w naszym kraju. Atmosferę panującą w PiSie, PO czy innych partiach promujących demokrację z pewnością nie można nazwać atmosferą swobody i wolności. Politycy muszą być bardzo ostrożni zanim otworzą usta, by nie powiedzieć głośno czegoś, z czym może nie zgadzać się ten czy inny Pan Prezes. Pamiętają bowiem co spotkało wielu ich kolegów i koleżanki, którzy śmiali się nie zgodzić ze swoim wodzem (którego stać na braterską miłość tylko w okresie przedwyborczym, kiedy istnieje potrzeba zjednoczenia sił przeciw wspólnemu wrogowi).

Nic więc dziwnego, że wielu Polaków zakłada, że członków Kongresu Nowej Prawicy także obowiązuje niepisany nakaz bycia echem prezesa partii.

Nawet dziennikarzom nie mieści się w głowach, że członkowie jakiejś partii mogą się czuć wolni do wyrażania swoich przekonań. Dlatego dziwią się kiedy rozmawiając z członkiem KNP w odpowiedzi na prośbę o skomentowanie wypowiedzi Korwina słyszą: "A co mnie obchodzi co pan prezes myśli o feministkach czy prezydencie Rosji?"

Opinie Janusza Korwin-Mikkego nie zawsze odzwierciedlają wartości i programu KNP. 

Wolność to wolność, a nie partyjna dyscyplina. Możemy się różnić poglądami na przeróżne tematy a jednocześnie wspólnie dążyć do ustanowienia wolnego rynku w Polsce.

Moje doświadczenie wśród Nowych Prawicowców nie jest wprawdzie długie, ale mam już swoją opinię na temat ludzi, których ta konkretna grupa przyciąga. Z jednej strony JKM cieszy się tu ogólnym szacunkiem a z drugiej wiele razy słyszałem to zdanie: "W tej kwestii nie zgadzam się z panem Januszem".

Dlatego jeśli dowiadujesz się, że twój kolejny znajomy dołączył do grona zwolenników Janusza Korwin-Mikkego to możesz dosyć bezpiecznie założyć, że chciałby on żyć w kraju, którego państwo posiada małą kontrolę nad swoimi obywatelami. Najprawdopodobniej wierzy on także, że to nie ustawy, ale "niewidzialna ręka" wolnego rynku stworzą ludziom najlepsze warunki do dobrobytu.

Przynależność do KNP nie oznacza jednak, że śmieszą nas wszystkie żarty Korwina i że podzielamy jego ocenę wydarzeń na Ukrainie. W przeciwieństwie do pana prezesa, wielu z nas wcale nie marzy o królu ani powrocie do rozwiązywania sporów drogą pojedynków. Za dobry przykład niech posłuży książka napisana przez Prezesa KNP na Podkarpaciu, Tomasza Bizonia, który od Monarchii woli Republikę (całą książkę Nowoczesne Państwo Polskie można bezpłatnie przeczytać na witrynie Fundacji BialoCzerwoni).

Warto tu jeszcze przy okazji dodać, że wiele opinii na temat JKM są efektami nieporozumienia albo celowej manipulacji jego krytyków. Wbrew propagandzie jego konkurentów i nieznających się na ekonomii dziennikarzy, Korwin nigdy nie zachęcał do gwałcenia, nie jest rasistą czy wrogiem homoseksualistów, narodowców nie darzy sympatią i nie faworyzuje kobiet w odbieraniu im prawa do głosowania.

Ale nawet gdyby to wszystko było prawdą to nasz stosunek do tych opinii byłby niezmieniony: Korwin, jak każdy inny człowiek na tej planecie ma prawo do swoich opinii, bo jest człowiekiem wolnym. Jako miłośnicy wolności całkowicie odrzucamy powszechnie obecnie panującą kulturę Politycznej Poprawności. Nie zamierzamy nikogo karać za to, że nie lubi tej czy innej grupy. A już z pewnością daleko jesteśmy od oskarżania o nienawiść osoby, które odmawiają oddania pokłonu temu czy innemu bogowi (jakikolwiek by on nie był: bóg ekologii, zboczenia seksualnego czy błogosławiącego tym samym ludzi pracowitych i leniwych).

Dopóki Pan w Muszce dążyć będzie do zastąpienia reżimu opartego na panowaniu większości państwem praworządnym (a więc opartym na prawie a nie głosowaniu większości), będziemy go w tym wspierać.

Thursday, July 17, 2014

Nikt nie musi tracić, każdy może zyskać.

Koncert muzyki klasycznej to doskonałe miejsce do rozmyślań. Także na tematy przyziemne.


Kiedy kościół MBNP w Mielcu zapełnił się już widownią (która nic za wejście nie zapłaciła), do swoich instrumentów podeszli muzycy Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej (którzy otrzymali zapłatę za swoją pracę - zasłużoną, byli wspaniali).

Wprawdzie pan prezydent miasta zajmował zarezerwowane specjalnie dla niego miejsce tuż przed orkiestrą, ale to nie miasto zapłaciło muzykom i gospodarzowi tego wydarzenia. Koncert nie został sfinansowany przez społeczeństwo.

Kogo więc obrabowano, by mogło dojść do tego inspirującego wydarzenia?

Nikogo.

Sprawa wyjaśniła się po odegraniu uwertury Verdiego (Nabucco). Przedstawiono dyrygenta oraz osiągnięcia orkiestry, po czym wspomniano, że sponsorem koncertu jest Bank PKO.


Wszyscy biorący udział w tym układzie skorzystali i nikt nie stracił:

1. Mieszkańcy Mielca zostali podniesieni na duchu mocą pięknej muzyki.

2. Muzycy otrzymali zasłużoną zapłatę za swoje talenty i ciężką pracę.

3. Bank PKO zyska kilku nowych klientów.

Widownia nie musiała płacić za wejście na koncert, ponieważ sponsor chętnie zafundował go swoim potencjalnym klientom.

Firmy oferujące swoje produkty lub usługi prosperują tylko wtedy, gdy zyskują nowych klientów. Pozyskują ich na różne sposoby. Jednym z nich jest rozdawanie prezentów. Na przykład: Google oferuje darmową usługę odnajdywania pożądanych stron wiedząc, że niektórzy klienci klikną na link sponsorowany. Autobusy w Łodzi dowożą ludzi bezpłatnie do galerii handlowych. Kto wie, może w przyszłości będziemy mogli jeździć po dobrej jakości prywatnych autostradach, które finansowane będą przez stawiane wzdłuż nich bilbordy?

Darmowe koncerty (i inne wartościowe usługi/produkty) wcale nie muszą być fundowane przez państwo (a więc za wzięte pod przymusem podatki), bo wolne umysły są kreatywne.

Tuesday, July 15, 2014

Czy można lubić urzędników?

Zanim odpowiem na pytanie tytułowe (odpowiedź może cię zaskoczyć), najpierw odpowiem na następujące: "Dlaczego nazywasz urzędników państwowych 'darmozjadami', przecież to nie ładnie?"

wprowadzenie


W eseju Co widać i czego nie widać, Frédéric Bastiat podkreśla, że dobry ekonomista bierze pod uwagę nie tylko skutki widoczne, ale także skutki niewidoczne ludzkich decyzji.


Oto przykłady skutków widocznych:

1. Picie alkoholu przynosi satysfakcję.

2. Lenistwo jest przyjemne.

3. Lek przeciwbólowy natychmiast usuwa ból głowy.

4. Państwowe autostrady pomagają społeczeństwu.

5. Państwowe szkoły są bezpłatne i pomagają w zdobyciu wykształcenia.

Oto przykłady skutków niewidocznych:

1. Nadużywanie alkoholu niszczy zdrowie i rodziny.

2. Człowiek leniwy osiąga mniej niż pracowity.

3. Na dłuższą metę zbyt częste używanie leków przeciwbólowych niszczy zdrowie i uzależnia.

4. Prywatne autostrady także pomagają społeczeństwu a przy tym kosztują społeczeństwo mniej niż państwowe.

5. Państwowa szkoła nie tylko nie jest darmowa, ale kosztuje społeczeństwo więcej niż prywatna szkoła tej samej wielkości. W środowisku sprzyjającym konkurencji prywatne szkoły lepiej kształcą od państwowych.

W niektórych przypadkach skutki niewidoczne w momencie podejmowania decyzji stają się widoczne później (np. alkoholizm). Jeszcze inne mogą być widoczne tylko w naszej wyobraźni (np. zupełnie prywatna służba zdrowia nigdy nie będzie się mogła wykazać, dopóki państwowa służba zdrowia nie zostanie zlikwidowana). Bastiat słusznie sugeruje, że skutki niewidoczne stają się widoczne na dwa sposoby: doświadczenie (często bolesna metoda) i umiejętność przewidywania (bardziej efektywna i bezbolesna metoda, oparta na wiedzy i umiejętności posługiwania się kalkulatorem).

wartość dodana


Darmozjad to człowiek, który je za darmo. Albo inaczej mówiąc - otrzymuje zapłatę mimo to, że nie dodaje żadnej wartości (lub ją odejmuje). Oto przykład ludzi, których praca dodaje do wartości ogólnej całego społeczeństwa:


Szewc z Przecławia o imieniu Maksymilian kupuje od hodowcy Piotra skórę cielęcą i dodaje do niej wartość odpowiednio ją przycinając, formując i wykańczając. W rezultacie powstaje para butów. Te buty chce kupić Marcin, jednak mieszka on w Mielcu. Dla Marcina Mielczanina buty znajdujące się na półce w Przecławiu nie stanowią wartości, dopóki Radosław budowniczy nie wybuduje drogi między Przecławiem a Mielcem po której Krzysztof dostawca dowiezie je do Mielca (dla uproszczenia pomijamy sprzedawcę, speca od reklamy, właściciela stacji paliw, etc.).

Wspomniane buty w takiej czy innej formie przeszły więc przez ręce: Piotra hodowcy, Maksymiliana szewca, Radosława budowniczego i właściciela drogi (w pewnym sensie) oraz Krzysztofa dostawcy by wreszcie znaleźć się w rękach, a właściwie na nogach Marcina konsumenta. Każdy z nich dodał do końcowego produktu (buty na nogach Marcina) jakąś wartość.

wolny rynek


Zauważ, że żaden człowiek ani grupa ludzi nie musiała tu niczego organizować. "Niewidzialna ręka" wolnego rynku tak wszystko poustawiała, że Maksymilian dostał swoje pieniądze a Marcin swoje buty i zarówno oni jak i wszyscy pomiędzy są zadowoleni.


Cofnijmy się jednak o moment do tyłu. Marcin ma w kieszeni 30 złotych. Za 20 kupuje wspomnianą parę butów.

Przedstawmy jeszcze jednego bohatera naszej historii. Jest nim Jakub, który pisze książki. To właśnie jemu Marcin zapłacił pozostałe 10 złotych za książkę pod tytułem "To NIE musi być państwowe" (ukryta reklama - ha ha!).

Jakub Wozinski przedstawia swoją książkę "To NIE musi być państwowe" w Domu Kultury w Mielcu
Dwudziestką Maksymiliana podzielili się wszyscy: hodowca, szewc, budowniczy i dostawca. Autor Jakub schował do kieszeni swoją dychę i postanowił, że po sprzedaniu następnego egzemplarza swojej książki też sobie zafunduje wygodne buty z Przecławia.

nadchodzą nowe czasy


"Niewidzialna ręka" poradziła sobie na medal.

Ale przychodzi Donald mówca, któremu udaje się przekonać czterech z naszej szóstki, że żyją w prymitywnym świecie i nadszedł wreszcie czas na to, by ktoś zaczął wszystko ładnie układać, regulować i kontrolować.

Starannie składane przez Donalda zdania, powiązane z odpowiednimi ruchami rąk nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że Donald wie lepiej od Piotra jak hodować cielęta, od Maksymiliana jak produkować buty, od Radosława gdzie i jak budować drogi, a od Krzysztofa jak po nich jeździć.

Od tej pory Marcin zamiast 20 złotych, płaci teraz 30 złotych za parę butów.

Te dodatkowe 10 złotych trafia w ręce Donalda, który za 3 zł kupuje sobie wino w jednej z warszawskich restauracji, 5 złotych rozdziela między urzędników pobierających podatki, liczących je, odpowiednio je rozdzielających, etc., a za pozostałe 2 złote opiekuje się drogą Przecław-Mielec (którą wcześniej przywłaszczył sobie od Radosława).


Donald i jego armia urzędników upewniają się także, że Krzysztof ma zapięte pasy bezpieczeństwa (Donaldowi bardziej zależy na bezpieczeństwie Krzysztofa niż samemu Krzysztofowi), buty Maksymiliana odpowiadają odpowiednim normom (Donaldowi bardziej zależy na tym, by klienci Maksymiliana byli zadowoleni z jego produktu niż samemu Maksowi), a Piotr nie znęca się nad swoimi cielętami (smutne doświadczenie pokazuje, że bez groźby kary hodowcy cielaków natychmiast zaczynają się nad nimi pastwić).

Staramy się tu wszystko uprościć, ale oczywiście w rzeczywistości opiekuńczość Donalda sięga o wiele dalej. Czuwa nad naszym bezpieczeństwem (armia, policja, etc). To dzięki niemu nasi bohaterzy jedzą banany proste a nie zakrzywione, kupowana przez nich szynka wędzona jest specjalną farbą w spreju a nie jakimś dymem. Nikt już nigdy nie spadnie z drabiny postawionej do góry nogami, nie kupi w aptece leków powodujących natychmiastową śmierć, a żadne dziecko nigdy nie doświadczy rodzicielskiego klapsa w miejscu publicznym. Dla dzieci Donald przygotowuje jeszcze nowe niespodzianki. Już niedługo w państwowej szkole dowiedzą się, że nie ma czegoś takiego jak zboczenie seksualne, jest tylko alternatywny styl życia. Opiekuńczość Donalda jest nieograniczona.

wartość dodana przez urzędnika


Zauważ, że z punktu widzenia Marcina, Donald nie dodał żadnej wartości do jego butów. Sprawił tylko, że zamiast cieszyć się (1) butami i (1) książką, Marcin może się cieszyć tylko (1) butami.

Jakub autor też na tym stracił. Ma on bowiem o 10 zł mniej w kieszeni (wygląda na to, że dłużej będzie musiał nosić swoje stare buty).

Maksymilian nie sprzeda więc jeszcze butów Jakubowi.

Piotr sprzeda Maksymilianowi mniej cielęcej skóry.


Gdybym miał więcej czasu to wykazałbym także, że Radosław będzie budował drogi z gorszych materiałów a Krzysztof będzie musiał po nich jeździć wydając za litr paliwa nie 2 złote ale 5 złotych.

Jestem w stanie zgodzić się, że w obecnym stanie rzeczy Donald rzeczywiście robi coś wartościowego, bo dzięki zarządzanym przez niego policji, wojsku i sądom nasi bohaterzy mogą w miarę bezpiecznie chodzić po ulicach, nie martwić się o najazd Rosjan, a zawierane umowy nie mogą być bezprawnie łamane.

Jednak urzędnicy, choćby mieli najczystsze intencje, nie są w stanie zaoferować żadnej wartości dodanej.


Duża część naszych podatków trafia do urzędników za usługę zmuszania nas do ich płacenia, upewniania się, że zapłaciliśmy wystarczająco dużo, umieszczania w więzieniach tych z nas, którzy próbowali nie płacić podatków, etc.

Za dużą część naszych podatków opłacani są urzędnicy, których praca polega na spowalnianiu rozwoju przedsiębiorczości w naszym kraju.


Wielu urzędników otrzymuje od nas pieniądze nie w postaci podatków ale starannie wyprasowanych bilonów w kopercie w zamian za usługę przymknięcia oka albo odpowiedniego zinterpretowania ustaw, które można zrozumieć dwojako, trojako albo i więcej-jako.

Wielu z nas zdaje sobie sprawę z faktu, że daliśmy Donaldowi zbyt wiele uprawnień a urzędników w Polsce jest za dużo. Dlatego gdybyśmy nie musieli, to nie płacilibyśmy podatków (albo przynajmniej płacilibyśmy ich mniej niż 80% zarobionych przez nas pieniędzy).

A co z urzędnikami...

... którzy rozdzielają pieniądze między nauczycielami, lekarzami, bibliotekarzami, budowniczymi dróg, emerytami i niepełnosprawnymi? Czy ich praca też nie stanowi żadnej wartości?

Gdybyśmy powiedzieli dziewiętnastowiecznemu mieszkańcowi Nowego Jorku (poniższy przykład zainspirowany jest książką "To NIE musi być państwowe" Jakuba Wozinskiego), że bez pomocy państwa i urzędników nie można budować dróg i bibliotek to uznałby nas za wariatów. Gdybyśmy próbowali go przekonać, że zapłacenie lekarzowi i dwóm urzędnikom kosztuje mniej niż samemu lekarzowi to nie chciałby z nami rozmawiać. Gdyby wykazał się jednak ogromną wyrozumiałością i cierpliwością to być może zwróciłby naszą uwagę na fakt, że w USA ludzie sami potrafią inwestować i oszczędzać na stare lata a żaden urzędnik nie stoi nad głowami przedsiębiorców, nauczycieli czy lekarzy. Mimo to, a może właśnie dlatego, każdego tygodnia setki imigrantów z całego świata przybywa do tego kraju w poszukiwaniu lepszej przyszłości dla swoich dzieci.


Być może zapytalibyśmy tego Amerykanina: "Czy naprawdę żyje się tu ludziom tak dobrze?". W odpowiedzi usłyszelibyśmy: "Lepiej niż w miejscach z których przybyliśmy ale przyznaję, że Nowy Jork nie jest szczytem naszych marzeń. Jak tylko uda się nam zarobić wystarczająco na dalszą podróż, udajemy się na Dziki Zachód, gdzie państwa jest jeszcze mniej i dlatego więcej możliwości."

Przyzwyczailiśmy się do tego, że drogi, szkoły i szpitale muszą być państwowe. Dlatego wydaje się nam, że gdybyśmy podziękowali urzędnikom za ich pracę i pozwolili im przejść do "sektora prywatnego", nasze drogi, szkoły i szpitale przestałyby funkcjonować.

Zapominamy jednak o tym, że istnieją drogi, szkoły i szpitale prywatne, które kosztują mniej i funkcjonują lepiej od ich państwowych odpowiedników. Także prywatne organizacje charytatywne funkcjonują lepiej od państwowej, która od prawdziwie potrzebujących wymaga kolejnego dokumentu a pomocy finansowej udziela nie tylko ludziom faktycznie poszkodowanym, ale także cwaniakom i darmozjadom.

Usługa wykonywana przez urzędnika ośrodka pomocy społecznej jest widoczna. Jednak fakt, że istnienie tego ośrodka uniemożliwia powstanie dobrze funkcjonującej prywatnej organizacji charytatywnej jest skutkiem niewidocznym. Także fakt, że gdyby podatki były mniejsze to drastycznie zmalałoby bezrobocie a więc i ilość osób potrzebujących także wymaga zrozumienia podstawowych praw ekonomii oraz minimalnej wyobraźni.

moja znajoma pracuje w Urzędzie Skarbowym - jak ja mam ją teraz traktować?


Twoja znajoma podpisała umowę o pracę. Czy dobrze się z tej umowy wywiązuje? Czy traktuje "podatników" jak ludzi? Czy odmawia przyjmowania łapówek? Jeżeli tak to nie ma najmniejszego powodu by patrzeć się na nią krzywo.

To Donald jest wszystkiemu winny (nie pan premier, ale ten z naszego przykładu - symbolizujący państwo socjalistyczne). To on stopniowo przekonał ludzi, że będzie im się żyło lepiej jeśli on zajmie się ich bezpieczeństwem, a jeżeli bezpieczeństwem to także ich wiedzą, a jeżeli wiedzą to także ich zdrowiem, a skoro tak to dlaczego nie ich emeryturą, i tak dalej aż do prawie totalnej kontroli nad wszystkim co robimy.

Jak każdy inny pracownik, państwowy urzędnik nie ma obowiązku sprawdzania czy jego pracodawca dorobił się uczciwie czy nieuczciwie. Nie musi nawet sprawdzać, w jakim stopniu jego praca stanowi wartość dodaną. Jeżeli podpisał umowę w której zobowiązał się do przybijania pieczątek i sortowania dokumentów to z jego punktu widzenia wartość dodaną stanowią dobrze posortowane dokumenty z odpowiednimi pieczątkami w odpowiednich miejscach (plus przyjazny uśmiech!).


Owszem, z punktu widzenia ludzi (czy społeczeństwa) jego praca jest marnotrawstwem i w tym sensie urzędnik jest darmozjadem. Ale to problem "społeczeństwa", które bez wyobraźni kompletnie ignoruje skutki niewidzialne, ale równie realne jak te które są widoczne. Jeżeli społeczeństwo zmądrzeje (czy to przez przykre doświadczenia, czy też przez wiedzę dającą zdolność przewidywania skutków decyzji), to podziękuje Donaldowi za jego usługi i wręczy mu zwolnienie (najlepiej bez okresu wypowiedzenia). Wtedy z sześćdziesięcioma złotymi w kieszeni (zamiast dwudziestoma) z każdych stu, które zarobiliśmy, pozwolimy "niewidzialnej ręce" wolnego rynku tak rozwinąć naszą gospodarkę, że każdy obecny urzędnik zmieni pracę i nareszcie poczuje prawdziwą satysfakcję, która płynie ze świadomości robienia rzeczy wartościowych.

(A po spłaceniu obecnych długów oraz wywiązaniu się z zobowiązań wobec emerytów (którzy nie musieli wiedzieć, że ZUS nie będzie w stanie ich wyżywić) stopniowo przejdziemy z podatku kilkudziesięcio-procentowego do kilku-procentowego.)

Wednesday, July 9, 2014

Kto nas uratuje, kiedy zachorujemy lub stracimy pracę?

W komentarzach pod ostatnim wpisem Karolina pyta:

A co jeśli popadnę w problemy - choroba, utrata pracy, etc.... i nie będę mieć ani 50zl na zaplatę [firmie strażackiej]? Czy mój dom się spali?

Naszym przodkom też czasem zdarzały się nieprzewidziane wypadki. Jeden z nich opisany jest w Starym Testamencie:

Faraon przewidział plagę głodu, dlatego przez 7 lat gromadził zapasy. Kiedy plaga nadeszła, nie tylko był w stanie wykarmić swój lud ale też na tym dużo zarobił, bo sprzedawał okolicznym narodom, które nie były tak mądre i nie oszczędzały.

Jedną z tych rodzin, które nie odkładały zapasów jedzenia była rodzina Jakuba. Kiedy nadeszła klęska głodu, Jakub i jego synowie udali się do ich syna i brata - Józefa cieszącego się dobrą posadą zarządcy Egiptu. Józef pomógł swojej rodzinie, bo oni nie byli w stanie pomóc sobie samym.

Żyjemy w dziwnych czasach.

Rzadko odkładamy na czarną godzinę a nasze związki rodzinne są bardzo poluzowane (generalizuję oczywiście).

Związki rodzinne

Oczywiście w Polsce rodzina jest jeszcze ważną wartością. Jednak kiedyś było inaczej.


Rodzice wielu dzieci mieli wygodniejszą starość, bo otrzymywały godną opiekę. Dzisiaj zamiast dzieci, wolimy wysoką emeryturę. Założenie jest takie, że starcy radzą sobie sami do śmierci (ewentualnie - coraz częściej - zamykane są w więzieniach spokojnej starości, gdzie dostają garście środków uspokajających, by siedziały cicho i nie przeszkadzały).

To socjalistyczni intelektualiści zmienili tę sytuację. Od dziesiątków lat nawołują młodzież do buntu przeciwko swoim rodzicom, do bezkarnego indywidualizmu, braku kompromisu w związkach międzyludzkich prowadzącego do rozwodów lub samotności od początku do końca. W trosce o godność kobiet feministki wyciągają je z sypialni swoich dzieci i wkładają na traktory. Jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, że troskliwa i wrażliwa na potrzeby swojego dziecka mama nie ma czasu na wychowywanie swojego dziecka. Zastąpiła ją przedszkolanka, która uprawa masową produkcję umysłów.

Socjaliści niszczą nie tylko związki rodzinne, ale także ogólnie - międzyludzkie.

Janusz Korwin-Mikke w wywiadzie z Hołdysem (polecam! można łatwo znaleźć na YouTube) wyjaśnił jak kiedyś żyli górale. Kiedy sąsiadowi spalił się dom, to przychodziła cała wioska i budowali mu nowy. Na pytanie Hołdysa: "A gdyby tak sąsiad poszkodowanego powiedział: 'Dobrze tak, skurczybykowi!'", JKM odpowiedział: "To by nie mógł liczyć na pomoc w przyszłości. Wtedy nie opłacało się być skurczybykiem."



Dzisiaj sąsiedzi zwykle współczują poszkodowanym, ale nikomu do głowy nie przyjdzie by komuś pomóc. Jeżeli nie państwo to firma ubezpieczeniowa wszystko załatwi.

Przygotowania na trudniejsze czasy

Dlaczego mamy oszczędzać skoro państwo nas wyratuje z prawie każdej sytuacji. Dlaczego pomagać rodzinie czy sąsiadom, skoro są zmuszeni do ubezpieczenia? No i zawsze można krzyknąć: "Jak żyć, panie premierze?!"

W tym wypadku winna jest demokracja, a dokładnie jej bezwstydna skłonność do nakłaniania kandydatów na stanowiska do obrzydliwej demagogii. Politycy wiedzą, że obietnice opiekuńczego państwa zwiększą szansę wygrania wyborów. Słyszymy te obietnice od małego. Nie ma się więc co dziwić, że dzieci dorastają w świadomości, że to nie oni, lecz państwo odpowiedzialne jest za ich bezpieczeństwo, zdrowie, finanse, etc.

Pijaczki spod Tesco nie muszą dbać ani o swoje zdrowie ani o sytuację finansową, bo żaden szpital nie ma prawa odmówić im opieki.


Przymusowy ZUS także odbiera nam konieczność spoglądania w przyszłość i główkowania nad tym jak się kiedyś utrzymamy. To nas demoralizuje. Żyjemy z myślą, że troskliwe państwo wyratuje nas z każdych niemal tarapatów.
. . . . . . . .

Wróćmy do pytania, które sprowokowało tę dyskusję. Myślę, że można go zadać w ten sposób:

Kto nas wyratuje w gospodarce wolnej od socjalizmu?

Odpowiedź jest prosta: albo (1) wyratujemy się sami, albo (2) pomoże nam w tym nasza rodzina, albo (3) sąsiedzi. Inaczej mówiąc, powrócimy do starych, polskich i europejskich tradycji.

Po pierwsze, pamiętajmy, że będziemy wtedy bogatsi. Może nie od razu o te 80% z którego obecnie rabuje nas nasze państwo, ale różnica będzie ogromna.

Po drugie, niższe podatki sprawią, że gospodarka będzie w o wiele lepszej kondycji. To oczywiście zmniejszy szansę, że stracimy pracę.

Po trzecie, nie będzie ZUSu (którego i tak za kilkanaście lat nie będzie), ale to nie znaczy, że nie będziemy mogli ubezpieczać się na własną rękę. Nawet gdybyśmy zamiast przelewania pieniędzy na polisę zdecydowali się odkładać pieniądze do materaca, to jeżeli byśmy odkładali tyle, ile teraz to robimy na ZUS, po dziesięciu latach uzbieralibyśmy wystarczająco na opłacenie operacji kosztującej ponad 125 tysięcy złotych (pomnóż 1042 zł, które obecnie odkłada do ZUSu twój pracodawca przez ilość miesięcy w ciągu 10 lat)!

Po czwarte, bez otaczającego nas socjalizmu, otoczeni będziemy rodziną i przyjaźnie nastawionymi sąsiadami.

To wszystko oczywiście nie zagwarantuje, że nigdy nie znajdziemy się w trudnej sytuacji. Jednak znacznie zwiększy realne poczucie bezpieczeństwa.

Tuesday, July 8, 2014

Wolność czy bezpieczeństwo - 2x tak

Co jest ważniejsze: wolność czy bezpieczeństwo?


Dlaczego nie mieć obydwu?

Zacznijmy od bezpieczeństwa. Świadomość, że w każdej chwili możemy zadzwonić na pogotowie by otrzymać fachową pomoc medyczną daje nam poczucie bezpieczeństwa. Podobnie ze strażą pożarną. Gdyby zaczął się nam palić dom, to wystarczy jeden telefon i po kilku minutach (jak dobrze pójdzie) wyszkoleni do tego fachowcy pojawią się ze specjalistycznym sprzętem i uratują nam nasze mienie.


Jak wiadomo pieniądze na wypłaty ratowników i strażaków, a także na zakup sprzętu, którego używają pochodzą ze skarbówki. Nie trudno więc połączyć kropki by ze wzruszeniem zdać sobie sprawę, że to wspaniałomyślne państwo dba o nasze bezpieczeństwo. Można to łatwo wytłumaczyć nawet dziecku (dziecko jest za głupie, by rozumieć, że państwo nie tworzy pieniędzy, ale zabiera je obywatelom, na razie jednak mniejsza o to).

Nie chcemy umierać na zawał albo bezczynnie patrzeć jak pali się nam dom. Dlatego polityk, który chce wygrać wybory nie może zasugerować, że państwo przestanie płacić strażakom i ratownikom pogotowia. Gdyby tak było to nie czulibyśmy się bezpieczni.

To jednak nie prawda. Możemy być wolni i bezpieczni.

Gdyby zniknęła państwowa służba zdrowia to nie znaczy, że zniknęłyby szpitale. Wozy strażackie też nie muszą być kupowane z podatków.


Wyobraźmy sobie sytuację, że liberałowie przejmują w Polsce władzę i likwidują (natychmiast czy stopniowo - mniejsza o to) budżet Państwowej Straży Pożarnej. W twoim mieście, albo na twoim osiedlu pojawia się nowa potrzeba - usługa gaszenia pożarów. Rynek zauważa tę niszę i bardzo szybko w państwowym urzędzie pojawia się przedsiębiorca, który kupuje od państwa budynek straży pożarnej wraz ze sprzętem.

W twojej skrzynce pocztowej pojawia się kolorowa reklama oferująca usługę gaszenia pożarów za miesięczną opłatę. Jeżeli zdecydujesz się skorzystać z tej oferty to w bazie danych firmy Straż Pożarna Nowak Sp. z o.o. znajdzie się także twój dom. W razie pożaru, w ciągu nie dłużej niż 5 minut pojawi się przy twojej posesji ekipa strażaków i zrobi wszystko co może by pożar ugasić. Na dole oferty, drobnym druczkiem napisane jest, że aby uniknąć fałszywych alarmów, za każdą interwencję zobowiązujesz się do dopłacenia 1000 zł.

Stwierdzasz, że 50 złotych miesięcznie plus nawet te dodatkowe 1000 zł od pożaru to nic w porównaniu do kwoty jaką wydałeś na wybudowanie swojego domu. Dlatego podpisujesz umowę i znowu możesz spać spokojnie.

Ta miesięczna opłata 50 złotych to o wiele mniej niż część twoich wcześniejszych podatków przeznaczanych na państwową straż pożarną. Z twoich podatków opłacani byli nie tylko lekarze i strażacy, a także urzędnik, który te pieniądze tobie odebrał, urzędnik, który je podliczył, urzędnik, który gotowy był wsadzić cię do więzienia, gdybyś bezczelnie "okradał skarb państwa" odmawiając dobrowolnego oddawania własnych pieniędzy, no i oczywiście urzędnik, który twoje pieniądze wydaje (plus herbata, delicje i koszta kursów języków angielskiego i migowego fundowane swoim urzędnikom przez Urzędy Skarbowe).


A więc twoje bezpieczeństwo pożarowe, które wcześniej (strzelam) kosztowało 100 złotych, teraz cię kosztuje tylko 50 złotych.

Powiedzmy jednak, że nowy właściciel osiedlowej straży pożarnej, pan kapitalista Nowak, jest osobą samolubną i zachłanną. Dlatego po kilku miesiącach w twojej skrzynce pocztowej pojawia się zawiadomienie, że aby zwiększyć twoje bezpieczeństwo Straż Pożarna Nowak Sp. z o.o. zakupiła nowy sprzęt i dlatego zmuszona jest podwyższyć miesięczny abonament z 50 do 110 złotych.


W czasach socjalizmu - przypominasz sobie - płaciłem mniej za usługę straży pożarnej. W dodatku przypominasz sobie pogłoskę o tym, że dzieci Nowaka specjalnie podkładają ogień na posesjach należących do klientów NSP Sp. z o.o. (w końcu za każdą, nawet drobną interwencję Nowak dostaje dodatkowe 1000 zł). Zaciskasz jednak zęby i płacisz dalej bo nie masz innego wyjścia.

Na wolnym rynku taka sytuacja nie może jednak trwać zbyt długo. W momencie gdy zachłanny przedsiębiorca Nowak podwyższył opłatę, w twoim mieście pojawiła się nowa nisza - tania i lepsza usługa gaszenia pożarów.


Po kilku dniach lub tygodniach wyciągasz ze swojej skrzynki na listy piękną ofertę nowej firmy - Kowalski Staż Ogniowa Sp. z o.o., która oferuje ci lepsze warunki za mniejszą cenę od Nowaka. Za 70 złotych miesięcznie daje ci gwarancję, że wóz strażacki pojawi się na twojej posesji w czasie nie mniejszym niż 3 minuty od momentu złożenia zawiadomienia.

Nowak zaczyna tracić klientów, dlatego obniża swoje ceny z powrotem do 50 złotych.


Kowalski się nie poddaje i obniża cenę do 40 złotych, zrzeka się dodatkowej opłaty za każdą interwencję i oferuje zamontowanie przy twoim domu specjalnego mikrofonu, który sprawia, że zamiast wykręcać numer i podawać przez telefon swój adres, etc., wystarczy, że krzykniesz "pożar!" lub "pali się!" a system natychmiast podaje ekipie strażackiej twój adres.

Rzeczą bardzo prawdopodobną jest, że wkrótce lokalne firmy będą przynajmniej częściowo sponsorować straż pożarną (za wywieszenie bilbordu z reklamą na budynku straży), w ten sposób obniżając koszta tej usługi. Firmy ubezpieczeniowe także będą zawierały w swojej ofercie usługę straży pożarnej, co może sprawić, że w ogóle nie będziesz się musiał martwić o wysyłanie miesięcznych przelewów do Nowaka czy Kowalskiego.

A gdyby Kowalski i Nowak porozumieli się i zgodzili na układ, że nie zejdą poniżej 70 złotych? W takim przypadku sprawią, że nadal na rynku gaszenia pożarów istnieć będzie nisza, która wcześniej czy później musi być wypełniona. Rzesza biznesmenów z kalkulatorami bez przerwy przewąchuje okolicę, przeliczając koszta i poszukując możliwych możliwości. W wolnym kraju, w którym odpadają dodatkowe opłaty na państwo, liczba przedsiębiorców gotowych do zainwestowania jest jeszcze większa. Większa konkurencja tworzy mniejsze ceny i lepsze usługi.


Sprywatyzowanie Państwowej Straży Pożarnej wcale nie oznacza, że będziemy mieszkać w kraju mniej bezpiecznym albo droższym. Wręcz przeciwnie.

Monday, July 7, 2014

Ostatnia szansa powstrzymania szaleńczej wolności

Ostatnio coraz większa rzesza Polaków zaczyna rozumieć podstawy ekonomii. W dodatku ludzie zdają sobie sprawę, że obecny ustrój demoralizuje jego urzędników, nawet tych, którzy zaczynali z czystymi intencjami (ostatnio przypomniała nam o tym Afera Taśmowa).

Kiedy oglądam wystąpienia i dyskusje w których biorą udział politycy PO, PiSu i innych partii lewicowych to robi mi się ich żal. Nadrabianie dobrą miną wewnętrznego przerażenia musi być trudniejsze od ujeżdżania byków.


Dlatego chciałbym podzielić się z tracącymi grunt pod nogami Towarzyszami pewną radą:

Jeżeli nadal macie nadzieję na powstrzymanie tego niebezpiecznego (dla Was) wolnościowego trendu to jedynym sposobem jest zasianie w ludzkich umysłach strachu przed wolnością.

Spróbujcie przekonać ciemnotę, że tu nie chodzi o wybór między wolnością a niewolą czy też dobrobytem a byciem okradanym.

Okłamujcie ich, że wybór jest między bezpieczeństwem a niskimi podatkami, porządkiem a anarchią.


Używajcie mediów. Sprawcie by na zawsze w umysłach Polaków takie słowa jak "liberalizm" czy "wolność" kojarzyły się z chaosem i armagedonem: brak autostrad, chorzy umierający pod drzwiami szpitala, zakaz publicznej pornografii podczas marszów i parad, wieszanie morderców przy jednoczesnym odbieraniu kobietom prawa do mordowania własnych dzieci, zaprzestanie walki z globalnym ociepleniem i tego typu straszne wizje.

Do tego smutnego obrazka dorzućcie jeszcze jakiś bilbord w tle z podobizną dyktatora w muszce. Najlepiej w języku rosyjskim, albo jeszcze lepiej chińskim.

Strach paraliżuje ludzi. Pod jego wpływem człowiek podejmuje decyzje irracjonalne. Dlatego, jeżeli jesteś lewakiem i brakuje ci argumentów logicznych (co, przyznasz, zdarza ci się dość często), wypróbuj metodę straszenia.

 ¯\_(ツ)_/¯

Saturday, July 5, 2014

Hello World!

Człowiek dąży do zaspokojenia własnych potrzeb i zachcianek. Niech więc tak zostanie, że to samolubne pobudki zainspirowały mnie do rozpoczęcia tego nowego bloga. Kto nie lubi się czasem wygadać albo wyobrażać, że udało się pomóc komuś w zrozumieniu czegoś ważnego?

Wypada jeszcze wyjaśnić: Jest to blog o wolności, głównie liberalizmie gospodarczym.

Nie chcę się zobowiązywać do tego jak często będę pisał. Uzurpuję sobie jednak prawo do samokontroli pod jednym względem: nie chcę się rozpisywać.

Może jeszcze parę słów o temacie przewodnim tego bloga:

Jestem liberałem.

Cenię sobie wolność. Doceniam ludzi, którzy nie godzą się na bezprawie i niesprawiedliwość.

To dlaczego nie zostałeś komunistą, albo przynajmniej socjalistą? – ktoś może (niekoniecznie złośliwie) zapytać.

Powodów jest kilka:

Socjalizm jest utopią. Powstanie systemu socjalistycznego wymagałoby zmiany ludzkiej natury, a to nie jest możliwe.

Socjalizm jest niesprawiedliwy. Dzielenie po równo oznacza, że dostaną zarówno pracowici jak i leniwi. Poza tym zanim się coś podzieli, najpierw to trzeba komuś zrabować.

Socjalista to smutny człowiek. Niewdzięczny (Stwórcy, czy matce naturze – nie będę się spierał) za to, co już otrzymał: kreatywność, ciągłe dążenie do polepszenia stanu swojego i najbliższych oraz wiele innych, wrodzonych cech.

Emocjonalnie zdrowy człowiek chce być wolny, by budować pozytywne wspomnienia z bliskimi.

Emocjonalnie zdrowy człowiek nie potrafiłby ograniczać wolności innej osobie, ani odbierać jej własności. Taki człowiek pomaga innym i robi to mądrze. Zamiast w poniżający sposób rzucać komuś jałmużnę, woli dostarczać możliwości do polepszenia bytu. Uczy niezbędnych do samodoskonalenia praw i umiejętności. W ten sposób człowiek otrzymujący pomoc staje się wolny i niezależny. I gotowy do tego, by zacząć pomagać innym.

Socjaliści – delikatnie mówiąc – nie imponują mi. Po pierwsze, zatracili oni ludzki, zdrowy, wewnętrzny opór przed odbieraniem i ograniczaniem. Po drugie, ich działania (świadome czy nie – Bóg to osądzi) zawsze prowadzą do hamowania ludzkiej kreatywności i przedsiębiorczości. Czy to przez rewolucję (komunizm) czy ewolucję (socjalizm), jak szarańcza pozostawiają spustoszenie, zarówno w gospodarce jak i w umysłach i sercach swoich ofiar.

Mam powody by sądzić, że uda się nam, liberałom pokazać wreszcie światu, że nie nadmierna przezorność, tchórzostwo i niewolnictwo, ale odwaga i wolność doprowadzić mogą ludzi pozytywnych do dobrobytu w takiej skali jakiej nikt jeszcze nie widział. Tak wielkie dzieło powinno wyjść z Polski. Dlaczego nie?

Mam nadzieję, że ten blog choć w małym stopniu przyczyni się do tej pozytywnej rewolucji.

No to oficjalnie: Hello World!